Wednesday, June 6, 2007

Murder Song – The Cooper Temple Clause– 8:48

Ta piosenka trwa prawie 9 minut. Dość długa jak na pop-song AD 2000 z kawałkiem. W tym czasie na playliście stacji radiowej znalazłoby się miejsce na 3 inne utwory. Tyle, że stacje radiowe nie puszczają takich piosenek. Nie ma na nie czasu pomiędzy zakupami w Tesco, a wizytą u fryzjera czy pomiędzy kupnem gazety a znalezieniem w internecie dobrego sklepu z iPodami.
8 minut i 48 sekund. Za długo na wszystko.
Nie pamiętam kiedy posłuchałem „Murder Song” po raz pierwszy. Ale pamiętam kiedy posłuchałem „Murder Song” pewnego słonecznego dnia na warszawskim Ursynowie na placu przed kościołem. Patrzyłem w górę na strzelistą bryłę kościelnego budynku i czekałem. Na wybuch, na eksplozję, na uderzenie, na upadek całego świata, na spadające na moją głowę planety. Nie umiem słuchać tej piosenki bez świadomości nerwowego oczekiwania na to co dzieje się w dwóch momentach w tej piosence: 3:05 i 7:04 (dokładny czas może się prawdopodobnie różnić na różnych odtwarzaczach – nawet ja odtwarzając tą piosenkę kilka razy miałem różny czas kiedy w końcu dzieje się TO). Ale chodzi o te 2 charakterystyczne momenty poprzedzone trwającą ponad minutę nerwową „rozbiegówką”. Wokalista śpiewa zwrotki spokojnie, lekko, bez nerwów. Jednak później (tuż przed TYM momentem) zaczyna się gra perkusji przypominająca to co zwykle słychać kiedy na filmie ktoś właśnie ma otworzyć drzwi, za którymi wiadomo, że czai się coś najgorszego na świecie. I właśnie te 70 sekund nerwowej perkusji, oczekiwania na uderzenie pioruna wywołuje gęsią skórkę. Słuchasz, czekasz, już już powinno być przejście, ktoś powinien coś zaśpiewać, już teraz, a jeśli nie to za chwilę, po kolejnym cyklu uderzeń perkusji. Za pierwszym razem kiedy słuchasz tego kawałka przez całe 70 sekund nerwowo oczekujesz, że już już teraz powinno wejść coś innego i zakończyć to nerwowe oczekiwanie. „Co jest do cholery, przecież w końcu musi się coś stać”. Ale nic się nie dzieje, nadal perkusja szarpie Twoje nerwy, nadal jeszcze nie teraz, zaczynasz myśleć, że może nigdy się to nie skończy. I nagle, w końcu kiedy już myślisz, żę zwariujesz, a z Tobą cały świat, poszrapany głos zaczyna śpiewać: „Please believe me when I say….”. Stojąc tego ciepłego dnia przed wielkim kościołem na warszawskim Ursynowie i słuchając tej perkusji kiedy w końcu pojawił się głos poczułem jakbym był spocony, wykończony czekaniem na spadającą na mą głowę gwiazdę.
Ale tak dzieje się nie tylko za pierwszym razem – tak jest za każdym razem kiedy słucha się tej piosenki.
Oczekuj na 3:05 i 7:04

0 Comments:

Post a Comment

Subscribe to Post Comments [Atom]

<< Home